| |

Lalibela – ósmy cud świata
Gdy jechałam pomiędzy brunatno –
szarymi wzgórzami, nic nie wskazywało na to, że w jednej z miejscowości
ujrzę „ósmy cud świata”. Wioska, jak wioska – złożona z okrągłych chat,
na ulicach kozy, owce, krowy i dzieciarnia wyciągająca ręce po datki.
Dopiero wędrówka po Lalibeli odkryła jej prawdziwy skarb – kościoły
wykute w skałach. Nic dziwnego, że nie widać ich z daleka. Świątynie
mieszczą się w ogromnych niszach, pod powierzchnią ziemi. Jestem bliska
uwierzeniu legendzie, że budowniczym w tym jedynym na świecie dziele
pomagały anioły.
Jedziemy
krętą drogą wśród wzgórz Wyżyny Abisyńskiej. Gdzieniegdzie w dolinach
widnieją małe wioski złożone z okrągłych chat. Zatrzymujemy się na
pustkowiu, by zrobić zdjęcia. Momentalnie, nie widomo skąd, przy
samochodzie pojawiają się dzieciaki. Ciekawie patrzą na przybyszów,
wyciągają ręce po cukierki, długopisy, drobne banknoty. Podobnie było w
innych regionach Etiopii. Czyżby maluchy posiadały jakiś nadprzyrodzony
zmysł obserwacji? – zastanawiam się. Na pewno potrafią szybko biegać,
nic więc dziwnego, że Etiopczycy biją wszelkie rekordy na krótkich i
długich dystansach. Wreszcie trafiamy do Lalibeli. Wioska różni się od
tych oglądanych wcześniej. Okrągłe domy zbudowane są głównie z kamienia,
niektóre mają nawet jedno piętro. Na ulicach kozy, owce, krowy. Do tych
„przechodniów” zdążyłam się już przyzwyczaić.
Boski nakaz
Lalibela to imię króla amharskiego,
który rezydował w dawnej stolicy Roha. Po jego śmierci Rohę na cześć
zdolnego władcy nazwano jego imieniem. Czym zasłużył na taki zaszczyt?
Legenda głosi, że narodzinom Lalibeli towarzyszył rój pszczół, co
oznaczało, że noworodek w przyszłości zostanie władcą. Chłopiec wzrastał
w wierze, że kiedyś zasiądzie na tronie. Zawistny brat nie mógł się z
tym pogodzić i któregoś ranka do kielicha Lalibeli wsypał truciznę.
Przyszły król zapadł w śpiączkę, podczas której Bóg zabrał go do nieba.
Tam nakazał, by mężczyzna wybudował kilkanaście kościołów w sposób, jaki
do tej pory nikt tego nie robił. Kościoły miały być drążone w skale z
góry do dołu. Gdy Lalibela ocknął się ze snu, wiedział, na czym upłynie
reszta jego życia.
Z pomocą aniołów
Jedenaście kościołów wznoszono
ponoć przez 24 lata, a pracę wykonywało 40 tysięcy robotników. Według
legendy pomagały im anioły. Kamieniarze pracowali w dzień, a nocą
zajmowały ich miejsce anioły. Oglądając te budowle łatwo uwierzyć
legendzie. Bo jak za pomocą prostych narzędzi – kilofów, toporów, dłut
wykonać tak potężne dzieło? Naukowcy do tej pory nie potrafią na to
pytanie jasno odpowiedzieć. Prawdopodobnie robotnicy najpierw wybijali
głębokie rysy w wybranych skałach, izolując je tym samym od masywu
górskiego, a następnie kamieniarze przystępowali do właściwego dzieła.
Prostymi narzędziami rzeźbili kopuły, okna, werandy, drzwi, kolumny. W
podobny sposób drążono wnętrza kościołów, pozostawiając tylko łuki
sięgające od podłogi po sklepienia kolumn.
Nowa Jerozolima
Chrześcijaństwo trafiło do Etiopii już w
IV wieku. Gdy narodził się islam, muzułmańskie wojska atakowały ówczesne
księstwo aksumskie, aż w końcu otoczyło je ze wszystkich stron. Dlatego
stolicę przeniesiono do górzystego, niedostępnego Roha. A Lalibela
wierny swej religii postanowił w miejscu tym zbudować Nową Jerozolimę.
Wierni nie mogli pielgrzymować do Świętego Miasta, zamiast tego mogli
odwiedzać Rohę. Do dziś części obecnej Lalibeli noszą nazwy, które są
odpowiednikami miejsc w Jerozolimie – Ogród Oliwny, Golgota, nawet
rzeczka przepływająca przez wioskę nosi nazwę Jordan. Do dziś także
przybywają tu pielgrzymi z całego kraju, by modlić się i oddawać cześć
Bogu. W niewielkich niszach, które kiedyś były grobowcami, często można
spotkać pustelników, którzy na modłach spędzają tydzień, dwa.
Przewodnicy - obuwnicy
Zwiedzamy pierwszą grupę
niezwykłych kościołów, zupełnie niewidocznych z poziomu wędrówki
powstałych w XII wieku. Nagle przed nami pojawia się ogromna nisza, a w
niej monolit. To największy tego typu kościół na świecie – Kościół
Zbawiciela. Ma 37 metrów długości, 23 m szerokości i 11,5 m wysokości.
Do każdej z budowli schodzi się tunelami i korytarzami także wykutymi w
skałach. W wędrówce towarzyszą nam miejscowi „przewodnicy” –
kilkunastoletni chłopcy mówiący po angielsku. Ich zadaniem jest
wskazywanie nam drogi oraz pilnowanie naszych butów. Do wnętrz świątyń
bowiem wchodzi się boso. Chłopcy natychmiast rozpoznają, do kogo należy
obuwie i po wyjściu z wnętrza uprzejmie podają każdemu sandały,
tenisówki, klapki.
Błogosławieństwo
W środku każdego z kościołów oglądamy
kilkuwiekowe malowidła, księgi z barwnymi obrazkami przedstawiającymi
sceny biblijne lub życie świętych. Księgi owijane są w kilka szmat.
Szmaty
oddzielają także niektóre strony. Tekst pisany jest w języku gyyz,
z którego później powstał język amharski – obecnie obowiązujący w
Etiopii. Zadziwia mnie to, że można dotknąć pergaminu, robić zdjęcia. U
nas takie zabytki piśmiennictwa chronione byłyby pancernymi gablotami
pełnymi czujników temperatury, wilgotności, alarmów. Księgi pokazują
duchowni odziani w barwne szaty. Najpierw jednak księża pokazują krzyże
– ich nieodłączny atrybut. Krzyże wykonane są ze szlachetnych i zwykłych
metali, albo z drewna. Takim krzyżem duchowny udziela błogosławieństwa.
Klękam przed nim, a ksiądz dotyka mojej głowy, pleców, ramion.
Przez piekło
Habtamu, nasz przewodnik, opowiada nam
o trzech rodzajach lalibelskich świątyń. Są one monolitami (wykutymi w
jednej skale, bez dotaków drewna czy metalu), półmonolitami, albo
znajdują się w jaskiniach. Właśnie taki „jaskiniowy” kościół powstał
ponoć w jeden dzień, a zbudowała go żona Lalibeli, oczywiście przy
pomocy aniołów. Wędrujemy tunelami, korytarzami, aż wreszcie docieramy
do wyjątkowego skalnego otworu. Tu Habtamu informuje, że tunel nosi
nazwę Piekło i prowadzi do kolejnej świątyni. Kto go przejdzie po
ciemku, może liczyć na odpuszczenie grzechów. Ochoczo wkraczam w
ciemność, ale na wszelki wypadek trzymam mocno rękę koleżanki. Wyjście z
kilkudziesięciometrowego tunelu sprawia mi ogromną ulgę. Może faktyczne
pozbyłam się kilku grzeszków?
Uciążliwe muchy i… dzieciaki
Opuszczamy kompleks pięciu czy
sześciu budowli i wychodzimy na powierzchnię. Natychmiast otacza nas
grupa żebraków, trędowatych, ślepców. Nie oni jednak są najbardziej
natarczywi. Najgorsze są małe dzieci próbujące nam sprzedać krzyżyki,
obrazki i inne pamiątki. Na nic grzeczne odmowy, na nic uśmiechy,
podarunki w postaci długopisów i cukierków. Czuję, że maluchy wejdą mi
zaraz na głowę. Oganiam się od nich i od much, które fruwają tu
ogromnymi stadami. Habtamu krzyczy na dzieciaki, ale skutkuje to tylko
na kilka minut. Potem ich atak jeszcze bardziej się nasila. W takiej
muchowo – dzieciarnianej eskorcie trafiamy do jednego z najciekawszym
miejsc Lalibeli – do kościoła św. Jerzego. Święty Jerzy jest patronem
Etiopii, jego kult widoczny jest niemal we wszystkich miejscach. Jakże
mogłoby go zabraknąć w Nowej Jerozolimie?
Pokrzywdzony święty
Król Lalibela wybudował 11 kościołów i
odetchnął z ulgą, że udało mu się spełnić boski nakaz. Gdy zasnął,
przyśnił mu się święty Jerzy. W błyszczącej zbroi, na koniu przemawiał
do króla. A przemowa była pełna pretensji, bo król ani jednego z
kościołów nie poświęcił walecznemu świętemu. Sen powtarzał się przez
kolejne noce, do momentu, aż Lalibela nie podjął decyzji o budowie
jeszcze jednej świątyni. Ta świątynia umieszczana jest najczęściej na
plakatach reklamujących Etiopię i zasługuje na to z pewnością. Kościół
można zobaczyć z niewielkiego wzgórza w pobliżu niszy, w którym został
wykuty. Najpierw dostrzega się wielki równoramienny krzyż, dopiero
później zauważa się, że to dach kościoła. W dole dostrzegam mężczyzn
ubranych w białe szaty szamma i turbany. Okazuje się, że w kościele
odprawiana jest msza. Czym prędzej schodzimy tunelem, by wziąć w niej
udział. Wita nas duchowny z nieodłącznym krzyżem, a z jednej z nisz
dochodzi śpiew, odgłos bębnów, dzwonków i kołatek. Wciskam się w biały
tłum i patrzę na rozpromienionych, śpiewających wiernych poddając się
niezwykłemu nastrojowi.
Kawa u Lastawork
Habtamu był nie tylko naszym
przewodnikiem, ale i przyjacielem. O jego przyjaźni przekonaliśmy się,
gdy zaprosił nas do swego rodzinnego domu. Mężczyzna zaczynał swą
turystyczną karierę podobnie jak handlujące dzieciaki. Szybko jednak
zrozumiał, że wyjść z biedy może jedynie dzięki nauce. Był na tyle
zdolny, że szybko nauczył się języka angielskiego, dostał stypendium w
szkole średniej i na studiach. Najpierw pracował w cudzych agencjach
podróży, potem założył własne biuro. Mieszka w stolicy, ale nigdy nie
zapomina o swych bliskich w Lalibeli, którym pomaga finansowo. Siostra
Habtamu, Lastawork, zaprasza nas do „pokoju gościnnego” czyli okrągłej
chatki, której jedynym wyposażeniem są ławki ustawione wokół skały.
Rozpoczyna rytuał parzenia kawy, której ojczyzną jest Etiopia. Etiopska
nazwa krzewów i ziaren to bunna, ale handlarze przywożący je do Europy
zapomnieli tę nazwę. Pamiętali jedynie rejon, w którym kupili ziarna –
Keffa. I tak powstała nazwa kawa, podobnie brzmiąca we wszystkich niemal
językach świata. Lastawork na małym palenisku umieszcza metalową miskę,
na którą wsypuje białawo – zielonkawe ziarna. Kilkakrotnie płucze je w
podgrzewanej wodzie. Po odlaniu wody zaczyna palenie kawy, czemu
towarzyszy rozchodzący się po chacie wspaniały aromat. Gdy ziarna
nabierają już ciemnego koloru, kobieta tłucze je w moździerzu. Proszek
nasypuje do dzbanka z cienką szyjką zatkaną korkiem i stawia go na
palenisku. Gdy kawa kipi, odlewa część naparu, a zawartość dzbanka
uzupełnia zimną wodą. Czekamy, aż zrobi to trzykrotnie. Wreszcie kawa
trafia do czarek. Jest pyszna!
Tekst i zdjęcia:
Marzena Kądziela

|
|