| |

Lalibela – zapomniany cud na
końcu świata
Z czym kojarzy ci
się Etiopia? - zapytałam kilku znajomych. Zdecydowana większość
odpowiedziała, że z pustynią i głodującymi dziećmi. - Jeszcze z czymś? -
dociekałam cierpliwie. Z „Cesarzem" Ryszarda Kapuścińskiego, jedną z
jego najlepszych książek - ktoś sobie przypomniał. I tylko tyle, a to
absolutnie fałszywe wyobrażenia. W jednym tekście etiopskich
wspaniałości opisać się nie da. Dziś o Lalibeli - ukrytym w górach ósmym
cudzie świata.
Etiopia leży w północno-wschodnim rogu Afryki. W wieloetnicznym
społeczeństwie dominują Amharowie - ortodoksyjni chrześcijanie, co w tej
części świata jest wyjątkiem. Dlatego kraj bywa nazywany wyspą czarnego
chrześcijaństwa wśród morza islamu. Etiopczycy przyjęli wiarę
bezpośrednio z Jerozolimy, jako drugi po Armenii kraj świata. Stało się
to już w IV w. Gdy na południe ruszyła ekspansja islamu, zostali od
świata chrześcijańskiego odcięci. Dlatego do dziś ich sposób wielbienia
Chrystusa jest taki jak przed wiekami.
Anioły uniosły króla
Każdy
przyjeżdżający do Etiopii turysta musi zobaczyć wykute w litych skałach
kościoły w Lalibeli. Miasto znane wcześniej jako Roha było stolicą
dynastii Zagwe, która panowała od X do XII w. Obecna nazwa to imię
najwybitniejszego potomka tej dynastii, panującego w XII stuleciu, króla
Lalibeli. Legenda głosi, że Lalibela urodził się jako brat króla.
Pewnego razu, gdy był jeszcze młody, obsiadł go rój pszczół, co matka
uznała za znak, że to on powinien być władcą. Panujący władca nie był
tym zachwycony i rozkazał pretendenta otruć. Trucizna zadziałała w
niespodziewany sposób - Lalibela przez trzy dni spał. Podczas snu został
przeniesiony przez anioły do nieba, gdzie zobaczył miasto świątyń
wykutych w skałach. Jego kopię miał zbudować na ziemi. Jednocześnie
panującemu królowi Bóg we śnie nakazał abdykować na rzecz brata.
Lalibela, natychmiast gdy został koronowany, rozpoczął poszukiwanie na
całym świecie najlepszych architektów i artystów, by boski nakaz
urzeczywistnić. Przy budowie przez ponad 20 lat pracowało 40 tysięcy
robotników i -jak głosi legenda - aniołowie, którzy w nocy wykonywali po
dwakroć taką pracę, jak ludzie za dnia.
Skarby Nowej Jerozolimy
Gdy
powstało 11 świątyń król uznał pracę za zakończoną. We śnie nawiedził go
wtedy Św. Jerzy. - Wzniosłeś tyle świątyń, ale żadnej dla mnie -
usłyszał i zbudował dwunastą.Kościoły Lalibeli nikogo nie pozostawią
obojętnym. Dwa spośród nich zostały w całości wykute w jednolitej bryle
czerwonego wulkanicznego tufu. Potężne budowle są właściwie niewidoczne
aż do chwili gdy zbliżymy się do nich dosłownie na wyciągnięcie ręki.
Wydają się absolutnie nierzeczywiste, stworzone nadludzką mocą. Skalne
świątynie można podziwiać w innych miejscach na świecie, ale tylko tu
wykuto nie tylko wewnętrzną przestrzeń, ale także fasady i mury
zewnętrzne. Czemu nie wzniesiono ich z kamienia? Odpowiedzi nie znamy do
dziś. Jedna z tez głosi, że taki sposób chroniono je przed zniszczeniem
w razie wrogiego najazdu. Rzeczywiście dla niewtajemniczonych są
niewidoczne. Największy -Biete Emmanuel - czyli kościół Emanuela, ma 33
m długości, 23 m szerokości i 12 m wysokości. Jest największym
monolitycznym kościołem na świecie. Służył rodzinie królewskiej. Nowa
Jerozolima - jak nazywana jest Lalibela - to również podziemne, mroczne
korytarze, w których słychać kroki diakonów. Największy zachwyt budzi,
położony nieco na uboczu, ostatni kościół - wykuta w jednolitej skale
świątynia pod wezwaniem św. Jerzego. Ma charakterystyczny kształt
symetrycznego krzyża. Przed wyjazdem do Etiopii dużo czytałam na temat
Lalibeli, ale to, co zobaczyłam przeszło moje najśmielsze oczekiwania.
Kościoły te określane są najmniej znanym, ósmym cudem świata i na to
miano w pełni zasługują.
Studenci i pilnujący butów
Z
czasem stołeczna Lalibela traciła na znaczeniu i dziś jest małą
miejscowością, w której większość domów to, podobnie jak w okolicznych
wsiach, tukule - okrągłe chatki pokryte strzechą.W porze deszczowej do
Lalibeli można dotrzeć tylko samolotem. Gdy pojawi się tu obcy,
natychmiast obstępują go chłopcy, oferujący pomoc przy zwiedzaniu. Inni
trudnią się żebractwem. - Jestem sierotą, w domu zostawiłem czwórkę
młodszych braci trudno się zdobyć na współczucie, gdy identyczną
historię opowiada dziesiąte dziecko. Inni wybierają metodę „na
studenta". - Nie mam na zeszyty, a bardzo bym chciał się uczyć słyszy
turysta. Albo tak: - Mój kolega ma słownik amharsko-angielski i chce mi
go sprzedać za 10 dolarów. Sądząc po wyglądzie, słownik został już
sprzedany dziesiątki razy. Inny popularny w Etiopii zawód to „pilnujący
butów". Do kościołów wchodzi się tu boso, więc przy każdym mają moc
roboty. Jak wspominałam, Lalibela to dla etiopskich chrześcijan Nowa
Jerozolima. Lokalny przewodnik opowiedział historię, która nie ucieszy
zwolenników politycznej poprawności za wszelką cenę. Połowę ludności
dzisiejszej Etiopii stanowią muzułmanie. Mieszkają też w Lalibeli, gdzie
nie było meczetu. Wspólnota islamska zwróciła się do władz z prośbą o
zezwolenie na jego budowę. Odpowiedź brzmiała: Nie ma problemu, zgodzimy
się na wybudowanie islamskiej świątyni w naszym świętym mieście pod
jednym warunkiem. W ramach wzajemności dostaniemy zgodę na budowę
kościoła w Mekce. Jak łatwo się domyślić, meczetu w Lalibeli nie ma do
dziś.
Stałam się atrakcją
Świątynie Lalibeli, choć wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO
nie są muzeum, oprawiane są w nich nabożeństwa, na których gromadzą się
setki wiernych. W okolicznych górach jest jeszcze wiele mniejszych
skalnych kościołów. By zobaczyć jak wyglądają etiopskie religijne
festiwale (nie wiem czy to dobre słowo, ale inne nie przychodzi mi na
myśl), wybrałam się do położonej kilkadziesiąt kilometrów od Lalibeli
wsi, gdzie odbywało się coś w rodzaju naszego odpustu. Wyjechałam
wcześnie rano gruntową drogą, po drodze mijałam zdążających na
uroczystość pielgrzymów. Z daleka, na wzgórzu nad wsią dostrzegłam
tysiące zgromadzonych wiernych. Czuwali tu od poprzedniego wieczora całą
noc medytując, modląc się i śpiewając religijne pieśni. Tu też znajduje
się kościół wykuty w skale, nie tak imponujący jak te w Lalibeli, ale
dla miejscowej ludności równie ważny. Przed świątynią wyeksponowano
obraz przedstawiający świętego Jerzego - patrona świątyni. Przecisnęłam
się przez tłum, by do niej wejść. Do mrocznego wnętrza prowadził
niewielki otwór w skale. W środku było tak duszno, że szybko stamtąd
uciekłam. Poczekałam na zewnątrz, aż kapłani, chromający się od słońca
pod barwnymi parasolami, uformują procesję. Na jej czele niesiono święty
obraz. Procesja przeszła na pobliską łąkę, gdzie rozpoczęły się modły.
Kapłani i zgromadzeni wierni tańczyli i śpiewali. Przybyła nawet
kompania reprezentacyjna miejscowej policji, by zademonstrować pokaz
musztry.
Dla
zgromadzonych ludzi byłam egzotyczna jak oni dla mnie. - Większość
dzieci i niektórzy dorośli nigdy nie widzieli białego człowieka -
zapewniał mój przewodnik Habtamu. I była to, choć trudno w XXI w.
uwierzyć, prawda. Tej wsi nie odwiedzają turyści, nie ma w niej
elektryczności, a zatem i telewizji.
Zofia Suska

|
|